Czy to klub czy sekta radykalistów?

MARGARITA NA SOBOTĘ | FC Barcelona – czy to jeszcze klub czy już sekta separatystów? Od kiedy Robert Lewandowski zmienił klubowe barwy, dało się usłyszeć z wielu ust radość, a nawet euforię, bo Barcelona wciąż kojarzy się Polakom, z tym co miasto i sam klub ma już zdecydowanie za sobą – czyli z okresem świetności.

Jeśli przez ostatnie miesiące wspominano w mediach o Barcelonie to raczej w kontekście śledztwa, które wykazało wzmożone kontakty między władzami Barcelony a wpływowymi ludźmi Kremla.

Zacznijmy jednak od początku i wyjaśnienia tajemniczych słów, które niemal zawsze pojawiają się obok nazwy klubu: «Més que un club» czyli „więcej niż klub”. Nie pierwszy raz myli się polska Wikipedia tłumacząc to hasło jakimiś odwołaniami do kampanii reklamowej. 

FC Barcelona w rzeczywistości jest nie tylko klubem, ale też wehikułem, za pomocą którego agresywny, skrajnie lewicowy nacjonalizm kataloński usiłuje wywalczyć swoje odrębne miejsce na mapie Hiszpanii.

Gdybyśmy musieli wytłumaczyć rodakom najkrócej i najbardziej obrazowo sposób w jaki Barcelona, a za nią Katalonia wybija się na niepodległość, użylibyśmy następującego porównania:


Proszę sobie wyobrazić, następujący scenariusz: 

władze Gdańska za pieniądze polskiego podatnika ogłaszają jednostronne, nielegalne referendum, w którym tylko obywatele miasta głosują za ustanowieniem wolnego miasta Gdańsk i wytyczeniem nowej granicy z Rzeczpospolitą (przy czym oczywiście robią to wbrew konstytucji RP i woli reszty narodu polskiego). Referendum wygrywa opcja niepodległościowa, ponieważ urny stoją nawet w kościołach a co sprytniejsi Gdańszczanie głosują nawet 6 razy. Dla pełni obrazu dodajmy, że od lat władze i elity Gdańska prowadziłyby kłamliwą narrację o wyjątkowym genetycznym pochodzeniu Gdańszczan, o odrębnym języku - kaszubskim, wyjątkowej kulturze kaszubskiej, własnej historii i nawet własnych dynastiach królewskich.

Przypuśćmy dalej, że tak daleko posuwają się w roszczeniach niepodległości, że udaje im się oszukać inne kraje Europy, otwierać swoje ambasady za granicą, publikować w dziennikach europejskich listy rzekomego MSZ Gdańska, podkupywać dziennikarzy, nagrywać kłamliwe dokumenty i promować materiały o wolnym, niepodległym mieście, zapewniając o ich rzetelności. 

To wszystko jednak mało, bo dla pełni obrazu – proszę sobie wyobrazić, że język polski przestaje być językiem wykładowym, a wszędzie obowiązuje język kaszubski. Rodziny walczące o edukację dzieci w języku polskim są prześladowane, ich dzieci nierzadko bite a właściciele firm działających pod szyldem polskim a nie kaszubskim – szykanowani i ścigani z urzędu mandatami. Klub Lechia Gdańsk odnosi światowe sukcesy, a w godło wpisuje sobie: „Lechia – więcej niż klub”. Z nienawiści do wszystkiego co polskie, katolickie -miasto Gdańsk staje się najbardziej gay-friendly i islamo-friendly w tej części regionu…

Tak właśnie wygląda problem Katalonii ze stolicą w Barcelonie, gdy opisuje się go zgodnie z prawdą.

Moje porównanie Barcelony do Gdańska jest jednak o tyle nieudane, że niestety nasz Gdańsk jest pod wieloma względami historycznie „mniej polski” niż Barcelona jest hiszpańska. 

Dlatego nie zawaham się nazwać Katalonię, w ślad za moimi hiszpańskimi przyjaciółmi, regionem chorym na skrajny nacjonalizm, lewicowy skrajny nacjonalizm i tak samo zresztą jak bliźniaczy region Hiszpanii Kraj Basków z terrorystyczną ETA. Skrajnie lewicowe nacjonalistyczne ugrupowania wyrządziły tym regionom wiele szkód i w gospodarce regionów a nawet spowodowały wiele ofiar.

Klub i stadion Barçy są niestety także politycznym ramieniem separatystycznych lewicowych elit Katalonii, stąd mówiło się czasem: „Barça: armia nieuzbrojonego kraju”. UEFA karała wielokrotnie klub za jego upolitycznienie. 

I jako przykład upolitycznienia  jest fakt, że na każdym meczu w 17 minucie 14 sekundzie zaczynają się niepodległościowe przyśpiewki jako nawiązanie do ważnej dla separatystów daty 1714 (święta Diady). 

Dodajmy, że słynne „Mury” Kaczmarskiego zostały napisane do melodii L’Estaca skomponowanej przez Katalończyka Lluisa LLacha. 

Szkoda tylko, że swoją historię Katalonia przepisuje raczej na wzór sowiecki, budząc szczere ubawienie Hiszpanów, zwłaszcza gdy umieszczają w panteonie wielkich Katalończyków już nie tylko Kolumba, Cervantesa, ale nawet Da Vinciego. 

Biedny Lewandowski, usiłuje wkraść się w serca separatystycznych kibiców, przedstawiając się w znienawidzonym przez nich języku hiszpańskim. Tak to fakt, nacjonalistyczna skrajna lewica w Katalonii nienawidzi języka hiszpańskiego, zwalcza język hiszpański w przestrzeni publicznej. Hispanofobia w Katalonii jest faktem a lewicowy rząd Pedro Sancheza przymyka oko i toleruje dyskryminację hiszpańskojęzycznych mieszkańców Katalonii. 

Z drugiej strony Lewandowski, niechcący niesie pomoc wszystkim Katalończykom, którzy czują się także Hiszpanami, którzy na co dzień mówią w języku hiszpańskim i którzy cierpią z powodu językowego prześladowania, a których szacuje się na ponad 80% wszystkich tam mieszkających. 

Barça swoim akcesem do polityki straciła tysiące jeśli nie miliony zwolenników, którzy zniszczyli swe karty klubowicza lub przestali kibicować ulubionej drużynie po nielegalnym referendum w 2017 r.

Dziennik El Mundo zajął się w serii artykułów opisem zjawiska, które podsumować można w paru słowach: „Na dobre i na złe Katalonia i Barça żywią się nawzajem. To wyjaśnia slogan: więcej niż klub”. Barça miała wszystko to, czego potrzebowali do przeprowadzenia zamachu stanu prowodyrzy niepodległości: miała pieniądze, wpływy, instytucje, propagandę. 

Gdy nie wystarczył klub - były Prezydent Puigdemont (zresztą uciekinier, uciekł z Hiszpanii za przestępstwa i malwersacje finansowe) nie zawahał się spotykać z ludźmi Kremla i mafią rosyjską. 

Każdy kto odwiedził Camp Nou wie, że mecze Ligi Mistrzów stały się doskonałą okazją do wyeksponowania haseł: „Katalonia to nie Hiszpania”, „Witamy w Republice Katalońskiej”. Był to sposób na „umiędzynarodowienie” niepodległościowego procesu i przedstawienie Barçy w jej politycznym zaangażowaniu. To znany dobrze Polakom trener Pep Guardiola, za pamiętnych czasów zwycięstw klubu fotografował się zawsze w otoczeniu charakterystycznej flagi katalońskiej. Klub stał się narzędziem propagandy politycznej nieistniejącej Republiki Katalońskiej:

„Nastąpiło tam spotkanie wiary w futbol z wiarą w politykę – tłumaczy Manuel Mandianes, antropolog z CSIC (Wyższego Centrum Badań Naukowych).

 „Płaszczyzna ideologiczna i płaszczyzna emocjonalna. To pasje, które wzajemnie się zasilają, w taki sposób, że stadion pomieści zarówno piłkę nożną, jak politykę, i jeszcze stworzy cały scenariusz manipulacji. Katalońska klasa polityczna, bo o niej mówimy, posługuje się piłką nożną. Posługuje się nie wymyślnymi przemówieniami, ale siłą obrazów, ikonografii, sentymentu”.

(El Pais, „Futbol to nie futbol.Barça I jej niepodległościowe odchylenie”, 24.09.2017)

Dopuśćmy jednak do głosu moich przyjaciół konsultantów, ekspertów od futbolu:

„Barça jest okrętem flagowym ruchu niepodległościowego. Teraz bardziej niż nacjonalizm, ludzi martwi, jak Barça poradzi sobie z ogromnym długiem jaki ma? 

Znamy zespoły, które upadały przy znacznie mniejszym zadłużeniu, a nawet znikały. Ale Barça skupia zbyt wiele interesów politycznych i gospodarczych i dlatego myślę, że nie pozwolą jej upaść. Quillo Barrios, youtuber i ekspert od piłki nożnej mówi, że jedynym ratunkiem dla Barçy jest to, że kupi ją jakiś szejk, ale myślę też, że zmuszą nas, Hiszpanów, do spłacenia długu Barçy. Znawcy tematu mówią, że to jedyny klub, który podpisuje kontrakty, nie mając pieniędzy.

Jeśli chodzi o Lewandowskiego, to mówi się tutaj, że poszedł do Barcelony z dwóch powodów: ze względu na żonę, która marzyła o życiu w Hiszpanii, i dlatego, że zaoferowali mu czteroletni kontrakt. Jestem zdruzgotany tym, że Lewandowski trafił do klubu, którego najbardziej nienawidzę. Teraz mu schlebiają, ale wcześniej pogardzali Lewandowskim, bo Barcelona była z Messim, który zdobywał tytuły, odbierając jakąś ich część Lewandowskiemu. Dlatego nie pojmuję, dlaczego Robert wybrał Barcę, no ale widocznie bardzo kocha żonę”.

Alfonso, lat 39, doktor historii, pracownik naukowy i prywatnie znawca i pasjonat dzieł Sienkiewicza.

„Mecze w ramach El Clasico stały się od czasu referendum w Katalonii upolitycznionym cyrkiem przez separatystów, ale jeszcze gorzej jest w finale Copa del Rey! Tam jest jeszcze więcej agitacji separatystycznej niż w El Clasico, buczą i gwiżdżą na Króla, bo jest symbolem jedności Hiszpanii. 

To bardzo upolityczniony klub, zinfiltrowany przez separatystów, mocno dotowany przez Generalitat od czasów Pujola i jego siatki korupcyjnej. Kibice stracili pamięć, bo F.C. Barcelona była bardzo chroniona przez gen. Franco, nawet ocalił ją od bankructwa, dlatego klub odznaczył go trzykrotnie w podziękowaniu za nieocenioną pomoc. Teraz są pierwsi w opluwaniu wspólnej pamięci, a kartą klubowicza machają jak certyfikatem bycia antyfrankistą”.

Sergio, lat 45, nauczyciel

Schyłek klubu i jego zadłużenie to pokłosie degrengolady jaką przeżywa całe miasto, w którym coraz częściej rządzi anarchia, skrajna lewica czyli postępowe lewackie elity, ale też „religia pokoju” 

W małej Katalonii jest 280 ośrodków modlitewnych (meczety prywatne) i trzy duże meczety. Ponad 2 miliony muzułmanów mieszka w Katalonii, czyli aż 80% wszystkich muzułmanów zamieszkujących Hiszpanię. Większość z nich to salafici, czyli muzułmanie promujący radykalne idee islamskie, takie jak szariat.

Panu Robertowi Lewandowskiemu, który zostawił na lodzie swoją ojczyznę Niemcy, który przez tyle lat grał dla niemieckiej flagi narodowej życzymy spełnienia zawodowych marzeń w schyłku jego kariery, która to się powoli już kończy. Pytanie, na jak długo chce zagrzać miejsce w „więcej niż klubie”, czyli w sekcie wyznawców katalońskiej supremacji, jak długo się tam utrzyma. Czy przypadkiem nie popełnił błędu życiowego. 

Źródło: DoRzeczy.pl  | dnia 23 lipca 2022, 8:00 | https://dorzeczy.pl/opinie/327616/wolczyk-czy-fc-barcelona-to-sekta-separatystow.html?


Media: Putin oferował Katalonii wysłanie 10 tys. żołnierzy i 500 mld dolarów. Wysłannik Kremla oferował secesjonistom z Barcelony wsparcie w postaci 10 tys. rosyjskich żołnierzy i 500 mld dolarów – informowała "Rzeczpospolita" dnia 2 czerwca 2022 roku. 

Gazeta powołuje się na ustalenia zagranicznych mediów – grupy Bellingcat, barcelońskiego dziennika "El Periodico", włoskiego pisma "Il Fatto Quotidiano" i włoskiego portalu IRPI oraz specjalizującego się w wykrywaniu afer korupcyjnych stowarzyszenia OCCRP.

Victor Terradellas, bliski przyjaciel lidera secesjonistów Carlesa Puigdemonta, zeznał przed hiszpańskim sądem, że pod koniec października 2017 r. zorganizował spotkanie między przywódcą katalońskich nacjonalistów a Nikołajem Sadownikowem, szarą eminencją rosyjskiej dyplomacji.

Jak pisze "Rz", w trakcie spotkania Sadownikow złożył Katalończykom "niezwykłą wprost ofertę". "Rosja nie tylko była gotowa wysłać do obrony nowego państwa 10 tys. swoich żołnierzy (z hiszpańskiego MON dochodziły wtedy sygnały o możliwej interwencji wojskowej w Barcelonie), ale także przekazać niewiarygodną sumę 500 mld dol., a więc więcej, niż wynosił ówczesny budżet państwa rosyjskiego. Ukoronowaniem tej współpracy miałoby być spotkanie Puigdemonta z Putinem, osobiste lub przynajmniej zdalne" – czytamy w artykule.

"Człowiek Putina" niczego nie pamięta
Według zeznań Terradellasa, oferta Kremla "oszołomiła" Puigdemonta i jej nie przyjął. Ale czy tak było w rzeczywiści, nie wiadomo. Sadownikow, przez wiele lat uważany za "człowieka Putina", powiedział w rozmowie z dziennikarzami, że na spotkanie został zaciągnięty przez "przyjaciela", niczego nie rozumiał, bo nie zna hiszpańskiego, i tylko czekał, kiedy mógł z niego wyjść, aby wykąpać się w morzu.

Jak podaje "Rz", dane z telefonu komórkowego Terradellasa pokazują jednak, że lider katalońskich separatystów polecił "utrzymać kontakt" z Sadownikowem. Ich relacje miały trwać jeszcze długie miesiące, kiedy władze centralne w Madrycie przejęły bezpośrednią kontrolę nad Katalonią, a działacze niepodległościowi albo rozpierzchli się za granicą, albo zostali skazani na wieloletnie więzienie przez hiszpański wymiar sprawiedliwości.

Według gazety "El Pais", "wszystko to oznaczało próbę ingerencji planowanej przez reżim otwarcie zainteresowany destabilizacją UE w przeddzień jednostronnej deklaracji niepodległości przez region europejski".

Katalońscy separatyści szukali pomocy w Rosji podawało 4 września 2021 roku "The New York Times".

Katalońscy separatyści mieli szukać pomocy ze strony Rosji, gdy walczyli o oderwanie się od Hiszpanii. Takie doniesienia przekazał "The New York Times", powołując się na akta wywiadu.

Gazeta podaje, że Josep Lluis Alay, starszy doradca byłego katalońskiego prezydenta Carlesa Puigdemonta, który przebywał na uchodźstwie, co najmniej dwa razy udał się do Moskwy w 2019 r., aby spotkać się z obecnymi rosyjskimi urzędnikami i byłymi oficerami wywiadu w celu uzyskania wsparcia.

Katalońscy separatyści szukali pomocy w Rosji?
"The New York Times" opisuje, że wyjazdy Alaya odbyły się niecałe dwa lata po tym, jak rząd Puigdemonta przeprowadził referendum niepodległościowe w październiku 2017 roku, wygrali przytłaczającym poparciem, ponieważ antyseparatystyczni wyborcy w dużej mierze je zbojkotowali. Referendum zostało jednak uznane za nielegalne przez hiszpańskie władze. Przywódcy politycznych, którzy – jak Puidgdemont – nie uciekli za granicę zostali aresztowani. Również Unia Europejska uznała referendum za nielegalne.

Alay i Puigdemont potwierdzili wyjazdy do Moskwy, o których wcześniej nie informowano, jednak twierdzili, że są one częścią regularnych kontaktów z zagranicznymi urzędnikami i dziennikarzami. Raporty, na które powołuje się „The New York Times” sugerują, że wizyty w Moskwie mogły oznaczać coś więcej.

Alay powiedział gazecie, że każda sugestia, że szuka pomocy u Rosjan, była „historią fantasy stworzoną przez Madryt”. Jak zaznaczył, w związku z ich spotkaniami w Moskwie nie postawiono separatystom żadnych zarzutów.

Gazeta zaznacza, że nie ma dowodów na to, by Kreml udzielił pomocy katalońskim separatystom.

Spotkania w Katalonii
Alay zaprzeczył również doniesieniom wywiadu, że zaledwie trzy dni po rozpoczęciu zakrojonych na szeroką skalę protestów w Barcelonie w 2019 roku, omawiał kwestie oderwania Katalonii od Hiszpanii na spotkaniu z dwoma Rosjanami bliskimi Putinowi. Potwierdził jednak, że spotkanie w Barcelonie z dwoma urzędnikami – w tym pułkownikiem rosyjskiej Federalnej Służby Ochrony, która nadzoruje bezpieczeństwo Putina – ale nadmienił, że były to jedynie „grzeczne” powitanie ich na prośbę jego rosyjskiego znajomego Aleksandra Dmitrenko.

Według raportów wywiadowczych Dmitrenko, rosyjski biznesmen, który pomagał Alayowi w poszukiwaniu pomocy finansowej i technicznej w Moskwie w celu utworzenia sektora bankowego, telekomunikacyjnego i energetycznego oddzielonego od Hiszpanii.

„33-letni Dmitrenko ubiegał się o hiszpańskie obywatelstwo, ale został odrzucony z powodu swoich rosyjskich kontaktów, zgodnie z decyzją hiszpańskiego Ministerstwa Sprawiedliwości” – przekazuje The New York Times.

W decyzji stwierdzono, że mężczyzna „otrzymuje misje” od rosyjskiego wywiadu, a także „wykonuje różne zadania” dla przywódców rosyjskiej przestępczości zorganizowanej. Dmitrenko nie odpowiedział na prośby gazety o komentarz.

13 czerwca 2021 roku ulicami Madrytu przechodzi gigantyczna antyrządowa manifestacja jako obywatelska odpowiedź na rządową zapowiedź ułaskawienia dwunastu przywódców zamachu stanu w Katalonii w 2017 r. i w celu obrony demokracji w Hiszpanii.

Znienawidzony przez coraz większą część społeczeństwa premier Sánchez, aby utrzymać się u władzy musi paktować z partiami separatystycznymi Katalonii i Kraju Basków, które dążą do pełnej autonomii a tym samym – rozpadu Hiszpanii.

Oficjalny przekaz rządowy tłumaczy projekt ułaskawienia "potrzebą pojednania i dialogu" z nacjonalistami katalońskimi. Hiszpanie dobrze jednak wiedzą, że niemożliwy jest dialog z ludźmi, którzy spowodowali najcięższy kryzys ustrojowy od dekad, i którzy terroryzują swoją ideologią spokojną większość Katalończyków, która ani myśli o oderwaniu się od Hiszpanii. Premier Sanchez, który dwa lata temu nie zawahał się, aby ekshumować i profanować doczesne szczątki generała Franco w ramach odwetu "demokratów" na dyktatorze, dziś bez przerwy mówi o pojednaniu i konieczności wybaczenia prowodyrom zamachu stanu.

Nielegalny plebiscyt
Przypomnijmy, że dwa lata temu 12 przywódców regionalnego autonomicznego rządu Katalonii zostało skazanych przez Sąd Najwyższy na wyroki od kilku do 13 lat więzienia po próbie oderwania Katalonii od Hiszpanii w drodze nielegalnego plebiscytu oraz ogłoszenia niepodległości. Jak pisze na swoim blogu Elentir, dziennikarz dobrze znany już Polakom ze swojej rzetelności: "Ta demonstracja nie jest ani prawicowa, ani lewicowa. Nie pochodzi od liberałów, konserwatystów, postępowców, katolików czy ateistów. Nie jest też wyrazem partyjnych interesów. Protest w tę niedzielę jest krzykiem godności ze strony ludzi, którzy nie chcą, aby Sanchez dla utrzymania się przy władzy obrócił rządy prawa w gruzy".

A tymczasem w Hiszpanii po raz kolejny naród wychodzi na ulice, aby zatrzymać proces rujnowania prawa i wolności obywatelskich przez koalicyjny rząd socjalistów i komunistów. Nawet Sąd Najwyższy Hiszpanii i prokuratura generalna sprzeciwiła się planom rządu, ogłaszając w tej sprawie jednomyślny raport. Przede wszystkim zaś ułaskawienie nie przysługuje skazanym, którzy ani razu nie wykazali skruchy i zapowiadają, że znów postąpią tak samo.

Hiszpanie wyszli na ulice.

Dlatego platforma obywatelska Unión 78 wezwała wszystkich obywateli Hiszpanii na demonstrację na Plaza de Colón w Madrycie "w proteście przeciwko ułaskawieniu osób skazanych za działalność wywrotową w Katalonii i w celu wsparcia sądownictwa, zaatakowanego przez rząd Sancheza". Jak gigantyczna jest ta skala oburzenia przekonuje fakt, że sama założycielka Unii 78 – Rosa Díez wywodzi się z tej samej co Sanchez partii PSOE, a jednak ogłosiła tę demonstrację w sieciach społecznościowych pod hasłami "Obrony instytucji, obrony demokracji". Pierwszym z hiszpańskich przywódców politycznych, który potwierdził swoją obecność na wiecu, był oczywiście Santiago Abascal, wsparty tysiącami sympatyków Vox, poza tym Pablo Casado, Isabel Ayuso z Partii Ludowej i tysiące innych obywateli – niezależnie od barw politycznych, ale pod jednoczącą flagą Hiszpanii zwaną "rojigualda".

Ostra kampania wyborcza
Wielu komentatorów zaświadcza, że była to jedna z najbrudniejszych kampanii, jakie miały miejsce w historii Hiszpanii. Spirala nienawiści, atmosfera politycznej wojny: 8 przesyłek z groźbami śmierci i nabojami, jedna z zakrwawionym nożem dla wysokich urzędników państwowych a wszystko działo się na parę dni przed samymi wyborami, aby wywołać spektakl medialny i nasilić nagonkę na rzekomych „faszystów” z prawicy.

Nieprawdopodobna była skala prześladowań liderów VOX, a rząd zataił wiedzę, że w pobicie deputowanego, kilkunastu agentów policji i uczestników wiecu VOX w Vallecas zamieszanych było dwóch najbliższych ochroniarzy Pablo Iglesiasa.

VOX nie odniósł większego sukcesu, bo też tysiące ludzi obecnych na końcowym, niedzielnym mityngu dawało nadzieję, że scena polityczna może się jeszcze bardziej zmienić na korzyść konserwatystów z ekipy Santiago Abascala. Tymczasem „stara” prawica spod znaku Partii Ludowej (PP), zaprawiona w systemie dwupartyjnym umiała przekonać niezdecydowanych, że tylko głos „użyteczny” czyli oddany na Isabel Ayuso a nie na Rocío Monasterio może oddalić widmo komunizmu od Madrytu. I choć programowo zwycięska PP niewiele odbiega od socjalistów w realizowaniu progresistowskich haseł (aborcja, przywileje LGBT, radykalny feminizm) to o dziwo Kościół w Hiszpanii wciąż z wielu powodów woli wspierać ich agendę niż VOX walczący o przywrócenie „cywilizacji życia” i wartości chrześcijańskich w rzeczywistości politycznej i społecznej Hiszpanii.

Hiszpański związek zawodowy "Solidaridad" świętuje swoje narodziny.  1 maja 2021. W tradycyjnym dniu Święta Pracy w Madrycie odbył się masowy wiec hiszpańskiego związku zawodowego "Solidaridad VOX", który jeszcze w lipcu 2020 przyjął nazwę na cześć polskiej "Solidarności" będącej inspiracją dla konserwatystów z partii VOX.

"Solidaridad" jest jedynym antykomunistycznym syndykatem w Hiszpanii, który reprezentuje wreszcie interesy robotników i ludzi pracy w przeciwieństwie do syndykatów podporządkowanych lewicowej ideologii, które już dawno zdradziły interes Hiszpanów na korzyść globalistów.

Hiszpanie mają dość
Ta nowa inicjatywa pod zieloną flagą "Solidaridad", według słów jej sekretarza generalnego Rodrigo Alonso, "nie będzie posłuszna, ani nie schyli głowy" przed dyktatem unijnych urzędników, którzy swoją agendą ideologiczną doprowadzają rolnictwo i przemysł Hiszpanii na skraj przepaści.

– Hiszpanie są zmęczeni obserwowaniem, jak tradycyjne związki zawodowe stały się lokajami potężnych ośrodków władzy, a przede wszystkim rządu, który prowadzi nas do ruiny, niszczy nasz styl życia i atakuje nasze tradycje – powiedział Alonso oklaskiwany przez setki zgromadzonych uczestników, którzy pomimo pandemicznych restrykcji masowo zbierali się na placu.

Polska dała światu ideę, która wciąż jest żywa i z którą utożsamiają się jak widać nowe pokolenia… Hiszpanów. VOX przeciw hegemonii lewicy
Problem w tym, że kampania wyborcza jeszcze się nawet oficjalnie nie rozpoczęła, a już doszło do brutalnych ataków na liderów VOX. Jest to jedyne ugrupowanie konserwatystów w Europie, które narażone jest bez przerwy na ataki fizyczne i groźby śmierci. A mimo to żadna z partii Hiszpanii, nawet najbliższa VOX ideowo stara prawica spod znaku Partii Ludowej, nie wydała żadnego oświadczenia z potępieniem tych aktów czy wyrazami solidarności. Świadczy to niestety nie tylko o niskim poziomie kultury politycznej ale o rzeczywistej hegemonii lewicy, której nikt oprócz VOX-u nie śmie się stawić czoła.

REEDUKACJA MĘŻCZYZN
Dlatego najbardziej progresistowski (i muzułmański jednocześnie) region Hiszpanii – Katalonia – bierze się również do wychowania nowego (starego) człowieka w słusznym duchu, choć – powiedzmy sobie otwarcie – na celowniku są zawsze mężczyźni. Od października Barcelona otwiera ośrodek reedukacji dla mężczyzn zwany Centrum Nowych Męskości. Pomysł cieszy się ogromnym poparciem burmistrz Ady Colau (najbardziej progresistowska lewaczka na całym półwyspie) i współpracujących z nią włodarzy od „globalnej sprawiedliwości, feminizmów i LGBTQ”.

Jak czytamy: „Celem jest szkolenie pracowników miejskich i reedukacja młodych ludzi, choć szkoła będzie otwarta również dla dorosłych, a nawet dojrzałych mężczyzn, którzy chcą przekierować swoje instynkty lub nabyte nawyki”. Według Colau chodzi o zmianę paradygmatu, zgodnie z którym mężczyźni muszą być „twardzi, a nawet agresywni”, i przede wszystkim powstrzymanie ich zapędów do gwałtu. Hiszpańscy progresiści są w tym wyjątkowo zgodni i od północnych zakątków kraju aż do przyczółków z widokiem na Afrykę jednego są pewni, bo – jak głosi wielki banner na ratuszu w Kadyksie – „Wskutek przemocy maczystowskiej ginie więcej kobiet niż razem wzięte ofiary wojen, raka i wypadków drogowych”. Nawet dziecko w to nie uwierzy, ale lewacy wierzą święcie w to dictum. Ta kryminalizacja mężczyzn nie jest niczym nowym, Hiszpanie przywykli, że oskarża się ich o całe zło tego świata.

Innym pomysłem wychowawczym Katalonii jest też zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach całodobowych i na stacjach benzynowych po godz. 20, choć dzięki protestom ludzi udało się miłosiernie przesunąć godzinę na 22. Chodzi o to, aby ludzie nie upijali się w ulicznych popijawach i nie roznosili covidowej zarazy.